Ci, którzy śledzą tę stronę trochę dłużej z pewnością zorientowali się już, że psie zabawki nie mają w naszym domu zbyt długiego życia. Rudeł pluszaki ewentruje w ciągu paru chwil od dostania ich w swoje szczęki, a gumowe gryzaki najczęściej pierwszy fragment tracą po czasie nie dłuższym niż 2 tygodnie memłania.
Rok poszukiwań pancernych psich zabawek skłonił mnie do wypracowania pewnych kryteriów, którymi kieruje się przy wyborze, by jak najbardziej zminimalizować konieczność wymieniania ich co tydzień ;).
1. Materiał.
Nie dla nas flauszowe, mięciutkie pluszaczki pokroju Konga Snugga. Tak delikatny materiał nie spisze się za dobrze przy zawziętych szarpaczo-gryzaczach. W wyborze zabawek dla niszczycieli powinniśmy stawiać raczej na gumę - i to dość grubą. Inną opcją są nylonowe zabawki (pokroju tych produkowanych przez firmę Nylabone) - jednak ja osobiście nie jestem fanką aż tak twardych materiałów, i mam wrażenie, że mimo zapewnień producenta, mogą one ranić dziąsła, a przy bardziej zawziętych psach możemy nawet dorobić się uszkodzenia zębów.
Wielu producentów wprowadziło też klasyfikację wytrzymałości swoich zabawek. Kong posiada dwie linie - zwykłą i Extreme - dla psów o silniejszych szczękach. Podobnie jest w przypadku Planet Dog i Zee.Dog - obie mają pięciostopniową skalę wytrzymałości swoich produktów. Niszczycielskie futrzaki zdecydowanie powinny być zaopatrywane w zabawki z najwyższej kategorii twardości.
2. Rozmiar
Jeśli nasz zwierzak jest wyjątkowo zawziętym mordercą piłeczek i gryzaków powinniśmy kupować zabawki o rozmiar większe od tych, które według producenta powinny odpowiadać naszemu psu. Większy rozmiar sprawi, że nie tak łatwo będzie psu zakleszczyć zabawkę między trzonowcami i piłować nimi powierzchnię ;)
3. Kształt
Zabawki z mocno wystającymi poza powierzchnię wypustkami, ogonkami czy innymi miejscami o które pies może łatwo "zahaczyć" ząb będą tymi, od których zacznie się rozrywanie zabawki na strzępy. Powinniśmy celować w zabawki o opływowych kształtach, a więc piłki, owalne, gruszkowate kształty. Także bałwanki o niezbyt głębokim wcięciu między "kulami" będą dobrym wyborem.
4. Cena
Niestety, na tej płaszczyźnie poległam i muszę przyznać, że w większości przypadków dobry materiał = odpowiednio wysoka cena. Stosunkowo najdłużej zawsze wytrzymywały z Milo zabawki droższych firm - Kong, i nasze najnowsze Zee.Dog i Planet Dog. Chlubnym wyjątkiem w tym zestawieniu będą truskawka i jabłuszko od Comfy- obie kosztujące niewiele ponad 10 zł, dalej pozostały bez szwanku.
5. Zastosowanie
Nawet najporządniejszy szarpak nie wytrzyma starcia sam na sam z psimi szczękami - bo nie do tego został stworzony. Szarpaki i aporty stosujmy do tego do czego nadają się najlepiej - czyli do wspólnej zabawy z psem. Do samotnej zabawy zdecydowanie lepiej będą nadawały się solidne gryzaki do napełniania.
A na co Wy zwracacie uwagę przy doborze zabawek dla swoich psiaków?
poniedziałek, 27 czerwca 2016
poniedziałek, 18 kwietnia 2016
Wrzucamy do koszyka! - czyli zabawkowo-akcesoriowe plany zakupowe.
Nie ulega wątpliwości, że jestem straszną zakupoholiczką. Zwłaszcza, jeśli chodzi o psie akcesoria. Chyba nie ma takiej kwoty, której nie byłabym w stanie przepuścić w całości na nowe rzeczy dla Rudego :P.
W związku z powyższym, stale znajduje przedmioty, które chciałabym koniecznie mieć w swojej szafie psich gratów. Póki co, od ich zdobycia powstrzymuje mnie tylko chroniczny brak gotówki ;).
Oto parę perełek , które szczególnie wpadły mi w oko i koniecznie chciałabym wrzucić do wirtualnego koszyka przy kolejnych zakupach.
1.Zabawki Zee. Dog:
Jak już wspominałam z jednych poprzednich postów - przepadam za szelkami tej firmy. Niedawno zaopatrzyłam się też w smycz i obrożę tego producenta i póki co - jestem równie zadowolona. Dlatego też, kiedy Jaro z bloga "Tiger-Prawie basenji" (klik!) napisał mi o zabawkach od Zee. Dog nie mogłam nie przejrzeć dostępnej oferty. Strasznie urzekły mnie geometryczne warzywka - zwłaszcza papryka, strączek fasoli i ... świecący w ciemności kalafiorek :) - na któreś na pewno się niebawem zdecyduje :)
Co tu dużo pisać- kultowa
piłka-ażurka, którą znają chyba wszyscy psiarze :). Strasznie mi się
podoba, ale jakoś nie udało mi się jej do tej pory nigdzie dorwać.
3.Kong Extreme
Milo jest ponadprzeciętnym niszczycielem - powtarzam to co prawda przy każdej okazji, ale myślę, że warto to podkreślić jeszcze raz, dla jasności. Udało mu się zamordować ze szczególnym okrucieństwem już dwa kongi o rozmiarze S - z czego jeden był wersją czarną, dla psów niszczących. Dam Kongom jeszcze jedną, ostatnią szansę, celując tym razem w rozmiar M. Jeśli i tym razem się nie powiedzie i bałwanek zostanie rozczłonkowany - chyba odpuszczę sobie tę atrakcję:P.
6.Planet Dog Orbee-Tuff Orbee Ball
W związku z powyższym, stale znajduje przedmioty, które chciałabym koniecznie mieć w swojej szafie psich gratów. Póki co, od ich zdobycia powstrzymuje mnie tylko chroniczny brak gotówki ;).
Oto parę perełek , które szczególnie wpadły mi w oko i koniecznie chciałabym wrzucić do wirtualnego koszyka przy kolejnych zakupach.
1.Zabawki Zee. Dog:
Jak już wspominałam z jednych poprzednich postów - przepadam za szelkami tej firmy. Niedawno zaopatrzyłam się też w smycz i obrożę tego producenta i póki co - jestem równie zadowolona. Dlatego też, kiedy Jaro z bloga "Tiger-Prawie basenji" (klik!) napisał mi o zabawkach od Zee. Dog nie mogłam nie przejrzeć dostępnej oferty. Strasznie urzekły mnie geometryczne warzywka - zwłaszcza papryka, strączek fasoli i ... świecący w ciemności kalafiorek :) - na któreś na pewno się niebawem zdecyduje :)
![]() |
| Źródło: http://toys4dogs.pl |
![]() |
| Źródło: http://toys4dogs.pl |
![]() |
| Źródło: http://toys4dogs.pl |
2. JW Pet HOL-EE Roller
Milo jest ponadprzeciętnym niszczycielem - powtarzam to co prawda przy każdej okazji, ale myślę, że warto to podkreślić jeszcze raz, dla jasności. Udało mu się zamordować ze szczególnym okrucieństwem już dwa kongi o rozmiarze S - z czego jeden był wersją czarną, dla psów niszczących. Dam Kongom jeszcze jedną, ostatnią szansę, celując tym razem w rozmiar M. Jeśli i tym razem się nie powiedzie i bałwanek zostanie rozczłonkowany - chyba odpuszczę sobie tę atrakcję:P.
![]() |
| Źródło: http://toys4dogs.pl |
4.Planet Dog Orbee-Tuff Produce Artichoke
Strasznie warzywnie w tym moim zestawieniu, prawda? ;). Kolejny gryzaczek-napełniaczek na mojej liście. Tym razem karczoch od Planet Dog. Bardzo podoba mi się forma warzywnych zabawek tej firmy i jestem ciekawa, jak z ich wytrzymałością.
Strasznie warzywnie w tym moim zestawieniu, prawda? ;). Kolejny gryzaczek-napełniaczek na mojej liście. Tym razem karczoch od Planet Dog. Bardzo podoba mi się forma warzywnych zabawek tej firmy i jestem ciekawa, jak z ich wytrzymałością.
5.Planet Dog Orbee-Tuff Mint
Lekko spłaszczony gryzaczek w formie miętówki od Planet Dog. Uważam, że są absolutnymi mistrzami, jeśli chodzi o design zabawek (piłka w formie śnieżki? bryłki węgla? maliny?- jasne!). Nie ukrywam, że poza walorami "rozrywkowymi" mocno zwracam uwagę na wygląd zabawek - skoro już wala mi się po podłodze cała masa gumowych i plastikowych przedmiotów to niech chociaż będą ładne!
![]() |
| Źródło: http://toys4dogs.pl |
6.Planet Dog Orbee-Tuff Orbee Ball
Piłka którą zna (i ma!) większość z was, czyli klasyczna"planetka". To chyba najładniejsza psia zabawka jaką do tej pory widziałam- nie tylko kolory, ale tekstura i wykonanie przykuwają w tym przypadku moją uwagę. Plusem jest też wiele zastosowań - piłka jest pusta w środku (a więc można ją wypełnić smakołykami) oraz posiada dwa otwory (wystarczy przeciągnąć sznurek- i szarpak gotowy!)
![]() |
| Źródło: http://toys4dogs.pl |
7. Jabłuszko Comfy
Mam już truskawkę z tej serii i bardzo sobie chwalę - jest wykonana z fajnej gumy, która jest jednocześnie na tyle elastyczna i wytrzymała, że Milo nie udało się jej póki co zniszczyć. Drugi egzemplarz bardzo mi się przyda, bo przy okazji kursów na trasie dom-Wrocław nie zawsze pamiętam, by ją zabierać. Mając dwie takie zabawki rozlokowane po obu mieszkaniach problem mojego zapominalstwa nie byłby już tak dotkliwy ;).
Mam już truskawkę z tej serii i bardzo sobie chwalę - jest wykonana z fajnej gumy, która jest jednocześnie na tyle elastyczna i wytrzymała, że Milo nie udało się jej póki co zniszczyć. Drugi egzemplarz bardzo mi się przyda, bo przy okazji kursów na trasie dom-Wrocław nie zawsze pamiętam, by ją zabierać. Mając dwie takie zabawki rozlokowane po obu mieszkaniach problem mojego zapominalstwa nie byłby już tak dotkliwy ;).
![]() |
| Źródło: http://toys4dogs.pl |
Póki co, to koniec mojej listy, chociaż podejrzewam, że nim zdołam zrealizować choć część z tych zakupów pojawią się nowe , absolutnie niezbędne zabawki/gadżety. Cóż, pozostaje mi tylko wygrać w lotto i odhaczać kolejne zrealizowane punkty zakupowej listy:)
Macie jakieś swoje wymarzone psie akcesoria, które póki co są dalej w sferze planów? A może któreś "duże" marzenia już zrealizowaliście?
Macie jakieś swoje wymarzone psie akcesoria, które póki co są dalej w sferze planów? A może któreś "duże" marzenia już zrealizowaliście?
czwartek, 14 kwietnia 2016
To już rok!
Post spóźniony o prawie dwa miesiące - za to będzie całkiem długi.
24 lutego ubiegłego roku pojechaliśmy z A. po Milo. Od prawie miesiąca szukaliśmy psa do przygarnięcia, a niemal od pół roku dyskutowaliśmy nad kwestią pojawienia się sierściucha w domu. Czy sprostamy czasowo - bo przecież są zajęcia i opieka nad pozostałymi zwierzętami? Czy poradzimy sobie finansowo, jeśli wszystkie pięć szczurów i pies postanowią się grupowo pochorować? Czy się pomieścimy? (olbrzymia klatka ze szczurami dominowała - i w sumie dalej dominuje- nasze małe mieszkanie). Czy pies nie postanowi zapolować na ogoniastych rezydentów?
Przez myśl przeszło nam skontaktowanie się z polecana przez "psią znajomą" hodowlą JRT - to rasa, o której nieśmiało marzyliśmy, a pies i tak nie miał być spontaniczną zachcianką na już, nigdzie nam się nie spieszyło. Po czasie uznaliśmy jednak, że pierwszym wspólnym psem powinna być kundelkowa bida - na rasowca przyjdzie pora.
Pierwsze kroki skierowaliśmy do schroniska - i choć z racji studiowania weterynarii wiele przykrych i zdawałoby się, bardziej drastycznych widoków już doświadczyłam - na taki ogrom psiego smutku nie byłam przygotowana. W pierwszym odruchu chciałam zabrać wszystkie, z seniorami na czele - co jednak z racji posiadania gryzoni nam odradzono. Zaordynowano poszukanie szczeniaka w potrzebie - a w schronisku żadnych młodych psów wtedy nie było. Teraz to rozumiem - wtedy nie mogłam tego przeboleć. Po wyjściu za bramę płakałam, po powrocie do domu zresztą też.
Starałam się szukać zwierząt przez fundacje, domy tymczasowe, znajomych wolontariuszy i ogłoszenia prywatnych osób. Wbrew pozorom było trudno - ogłoszenia szybko stawały się nieaktualne lub odzewu w ogóle nie otrzymywałam. Dni mijały, a ja po wysmarowaniu setki maili i przejrzeniu setek ogłoszeń prawie straciłam nadzieję, że uda nam się z kimkolwiek skontaktować.
Zupełnie zrezygnowana odświeżałam stronę wyszukiwania, kolejny dzień z rzędu. Nowe ogłoszenie, dodane minutę temu. Na zdjęciu śmieszny, rudo biały szczeniak z klapniętymi do połowy uszami. Okolice Wrocławia - niecałe 20 minut drogi pociągiem. Wahałam się, ale mimo, że było już grubo po 20 postanowiłam zadzwonić podany numer. "Tak, aktualne, dzwoni pani jako pierwsza. Jeśli pani chce, można przyjechać obejrzeć pieska nawet jutro". No to pojechaliśmy - byliśmy zdecydowani, że choćby nie wiem co wrócimy z nim do domu. Młoda para, z którą się spotkaliśmy opowiedziała nam historię, jakich wiele pośród psich istnień. Wsiowa suczka znajomych się oszczeniła - przygarnęli jednego pieska, ale okazało się, że ktoś w domu ma alergię. Czy faktycznie tak było, czy może energiczny maluch nie był do końca tym, czego się spodziewali i nie podołali w kwestii opieki - nie mnie oceniać. Mimo wszystko postąpili bardziej odpowiedzialnie i rozsądniej niż wielu - i Milo oddali. Maluch zupełnie nie wiedział o co chodzi w obroży i smyczy, więc wzięty na wszelki wypadek transporter bardzo się przydał.
Nie odmówiliśmy sobie przyjemności uwiecznienia pierwszych wspólnych chwil, jeszcze czekając na pociąg powrotny.
Po powrocie do domu przez ponad godzinę nie mogliśmy wywołać go z "pudełka". Żadne pyszności nie mogły skłonić Milo do opuszczenia bezpiecznego schronienia. Dopiero gdy położyliśmy się zupełnie płasko na podłodze uznał, że nie stanowimy zagrożenia i postanowił się przywitać. Imię wybrało praktycznie się samo - zgodnie uznaliśmy z A. , że podobieństwo do cwanego pieska z "Maski" było zbyt duże, żeby pozwolić nam na jakąkolwiek kreatywność w tej kwestii ;).
I tak - koniec końców - wylądowaliśmy z prawie JRT!
Jak znalazł się u Was wasz pies - to była wasza świadoma decyzja czy może pies wybrał za Was ;)?
24 lutego ubiegłego roku pojechaliśmy z A. po Milo. Od prawie miesiąca szukaliśmy psa do przygarnięcia, a niemal od pół roku dyskutowaliśmy nad kwestią pojawienia się sierściucha w domu. Czy sprostamy czasowo - bo przecież są zajęcia i opieka nad pozostałymi zwierzętami? Czy poradzimy sobie finansowo, jeśli wszystkie pięć szczurów i pies postanowią się grupowo pochorować? Czy się pomieścimy? (olbrzymia klatka ze szczurami dominowała - i w sumie dalej dominuje- nasze małe mieszkanie). Czy pies nie postanowi zapolować na ogoniastych rezydentów?
Przez myśl przeszło nam skontaktowanie się z polecana przez "psią znajomą" hodowlą JRT - to rasa, o której nieśmiało marzyliśmy, a pies i tak nie miał być spontaniczną zachcianką na już, nigdzie nam się nie spieszyło. Po czasie uznaliśmy jednak, że pierwszym wspólnym psem powinna być kundelkowa bida - na rasowca przyjdzie pora.
Pierwsze kroki skierowaliśmy do schroniska - i choć z racji studiowania weterynarii wiele przykrych i zdawałoby się, bardziej drastycznych widoków już doświadczyłam - na taki ogrom psiego smutku nie byłam przygotowana. W pierwszym odruchu chciałam zabrać wszystkie, z seniorami na czele - co jednak z racji posiadania gryzoni nam odradzono. Zaordynowano poszukanie szczeniaka w potrzebie - a w schronisku żadnych młodych psów wtedy nie było. Teraz to rozumiem - wtedy nie mogłam tego przeboleć. Po wyjściu za bramę płakałam, po powrocie do domu zresztą też.
Starałam się szukać zwierząt przez fundacje, domy tymczasowe, znajomych wolontariuszy i ogłoszenia prywatnych osób. Wbrew pozorom było trudno - ogłoszenia szybko stawały się nieaktualne lub odzewu w ogóle nie otrzymywałam. Dni mijały, a ja po wysmarowaniu setki maili i przejrzeniu setek ogłoszeń prawie straciłam nadzieję, że uda nam się z kimkolwiek skontaktować.
Zupełnie zrezygnowana odświeżałam stronę wyszukiwania, kolejny dzień z rzędu. Nowe ogłoszenie, dodane minutę temu. Na zdjęciu śmieszny, rudo biały szczeniak z klapniętymi do połowy uszami. Okolice Wrocławia - niecałe 20 minut drogi pociągiem. Wahałam się, ale mimo, że było już grubo po 20 postanowiłam zadzwonić podany numer. "Tak, aktualne, dzwoni pani jako pierwsza. Jeśli pani chce, można przyjechać obejrzeć pieska nawet jutro". No to pojechaliśmy - byliśmy zdecydowani, że choćby nie wiem co wrócimy z nim do domu. Młoda para, z którą się spotkaliśmy opowiedziała nam historię, jakich wiele pośród psich istnień. Wsiowa suczka znajomych się oszczeniła - przygarnęli jednego pieska, ale okazało się, że ktoś w domu ma alergię. Czy faktycznie tak było, czy może energiczny maluch nie był do końca tym, czego się spodziewali i nie podołali w kwestii opieki - nie mnie oceniać. Mimo wszystko postąpili bardziej odpowiedzialnie i rozsądniej niż wielu - i Milo oddali. Maluch zupełnie nie wiedział o co chodzi w obroży i smyczy, więc wzięty na wszelki wypadek transporter bardzo się przydał.
Nie odmówiliśmy sobie przyjemności uwiecznienia pierwszych wspólnych chwil, jeszcze czekając na pociąg powrotny.
![]() |
| Dalej nie mogę uwierzyć, że ten przerażony szczeniak to ten sam zwierzak, który teraz nie boi się nawet wtedy, gdy powinien ;) |
![]() |
| A. nie mógł przejść obojętnie wobec tej poważnej miny i jakoś jej nie podpisać. |
Po powrocie do domu przez ponad godzinę nie mogliśmy wywołać go z "pudełka". Żadne pyszności nie mogły skłonić Milo do opuszczenia bezpiecznego schronienia. Dopiero gdy położyliśmy się zupełnie płasko na podłodze uznał, że nie stanowimy zagrożenia i postanowił się przywitać. Imię wybrało praktycznie się samo - zgodnie uznaliśmy z A. , że podobieństwo do cwanego pieska z "Maski" było zbyt duże, żeby pozwolić nam na jakąkolwiek kreatywność w tej kwestii ;).
I tak - koniec końców - wylądowaliśmy z prawie JRT!
Jak znalazł się u Was wasz pies - to była wasza świadoma decyzja czy może pies wybrał za Was ;)?
środa, 13 kwietnia 2016
Wiosenne zakupy - psia galanteria i nie tylko.
Jestem jedną z tych osób, dla których zdecydowanie większą frajdą jest kupowanie czegoś dla swoich zwierząt niż dla samej siebie. Dlatego przy każdej możliwej okazji (czyt.kiedy nie spłukałam się na zero i akurat robię zamówienie karmowe na zooplusie) staram się wyszukać coś ciekawego do wypróbowania. Tym razem trafiły do mnie aż dwie nowe spacerowe pozycje ;).
1. Dokas, Pierś z kurczaka z rybą - must have przysmakowy, jako że Milo to koneser suszonego mięska. Suszonymi rybkami też nie pogardzi, choć przedtem kupowałam je raczej dla moich szczurów - jestem ciekawa czy taki mix mu zasmakuje.
2. Hunter, Calcium Milk Bone - raczej unikam ostatnio podawania zwierzakom mocno przetworzonych smakołyków, ale pozytywne recenzje dotyczące zapachu tych konkretnych kostek skusiły mnie do dokonania małego odstępstwa. Kto nie czuł w całym domu zapachu rozmemłanej krowiej racicy ten nie zrozumie skąd ta chwila słabości...
3. Smycz Zee.dog, Stardust - od jakiegoś czasu mamy szelki z tej samej serii (i bardzo sobie chwalimy!), więc pasująca smycz była naturalną koleją rzeczy ;). Niestety trochę się przestrzeliłam z wyborem rozmiaru (zooplus ma dwa : S i L) i karabińczyk jest przeogromny. Plusem jest natomiast długość - 2,5m zdecydowanie bardziej odpowiada mi niż krótsza wersja.
4. Obroża Zee.dog Yaluc - jako, że byłam strasznie zadowolona z szelek tej firmy (Milo zdołał je pożądnie nadgryźć, a mimo to ciasny splot materiału się nie popruł!) postanowiłam zaopatrzyć się też w obrożę. Dodatkowym bodźcem był fakt, że niedawno na zooplusie pojawiły się nowe wzory smyczy i jedna nowa obróżka ;)
(edit: żeby było śmieszniej: obróżka już zniknęła z asortymentu, chyba załapałam się na jakiś błąd w systemie :D )
Zaopatrzyliście się ostatnio w coś nowego? A może dopiero planujecie jakieś wiosenne nowości w psiej szafie ?
1. Dokas, Pierś z kurczaka z rybą - must have przysmakowy, jako że Milo to koneser suszonego mięska. Suszonymi rybkami też nie pogardzi, choć przedtem kupowałam je raczej dla moich szczurów - jestem ciekawa czy taki mix mu zasmakuje.
2. Hunter, Calcium Milk Bone - raczej unikam ostatnio podawania zwierzakom mocno przetworzonych smakołyków, ale pozytywne recenzje dotyczące zapachu tych konkretnych kostek skusiły mnie do dokonania małego odstępstwa. Kto nie czuł w całym domu zapachu rozmemłanej krowiej racicy ten nie zrozumie skąd ta chwila słabości...
3. Smycz Zee.dog, Stardust - od jakiegoś czasu mamy szelki z tej samej serii (i bardzo sobie chwalimy!), więc pasująca smycz była naturalną koleją rzeczy ;). Niestety trochę się przestrzeliłam z wyborem rozmiaru (zooplus ma dwa : S i L) i karabińczyk jest przeogromny. Plusem jest natomiast długość - 2,5m zdecydowanie bardziej odpowiada mi niż krótsza wersja.
4. Obroża Zee.dog Yaluc - jako, że byłam strasznie zadowolona z szelek tej firmy (Milo zdołał je pożądnie nadgryźć, a mimo to ciasny splot materiału się nie popruł!) postanowiłam zaopatrzyć się też w obrożę. Dodatkowym bodźcem był fakt, że niedawno na zooplusie pojawiły się nowe wzory smyczy i jedna nowa obróżka ;)
(edit: żeby było śmieszniej: obróżka już zniknęła z asortymentu, chyba załapałam się na jakiś błąd w systemie :D )
Zaopatrzyliście się ostatnio w coś nowego? A może dopiero planujecie jakieś wiosenne nowości w psiej szafie ?
czwartek, 31 marca 2016
Adresatka - jaką wybrać..?
Temat znany pewnie wszystkim właścicielom psich uciekinierów lub zwierzaków, które raczej luźno podchodzą do pomysłu trzymania się swojego człowieka na spacerach ;).
Co to takiego i czy faktycznie jest nam potrzebne?
Adresatki/identyfikatory to niewielkie przywieszki przymocowywane do obroży/szelek, na których umieszcza się imię psa i dane właściciela (numer telefonu, adres e-mail), które pozwolą na szybkie skontaktowanie się z właścicielem, w przypadku gdy znajdziemy zagubionego czworonoga.
Moim zdaniem ten drobny i pozornie niewidoczny dodatek powinien być absolutnie obowiązkowym wyposażeniem naszego pupila - wszak pies, choćby najlepiej wychowany, to wciąż zwierze, które może poczuć "zew natury" i przy pogonić za przysłowiowym króliczkiem.
Jakie adresatki mamy do wyboru?
1. Zawieszka do kluczy:
To chyba najtańsza i najłatwiej dostępna opcja- takie zawieszki możemy znaleźć niemal w każdym sklepie papierniczym, kiosku i punkcie dorabiania kluczy za dosłownie kilka złotych. Są dostępne w wielu kolorach, więc nawet najwybredniejsi esteci znajdą coś pasującego do galanterii swojego burka ;). Minusem takiego rozwiązania jest fakt, że dane w tym przypadku zapisujemy na karteczce, która częściowo osłonięta jest przezroczystą folią - pierwszy deszcz lub kontakt z błotem może mocno zaburzyć czytelność zapisanych informacji. Z doświadczenia wiem też, że kółeczka dołączone do takich zawieszek są wykonane z dość miękkiego drutu, więc gdy zwierze zahaczy nim o coś na spacerze istnieje duża szansa, że kółeczko rozegnie się, a zwierzak przywieszkę po prostu zgubi. Dodatkowo zawieszki do kluczy są dość duże - nie sprawdzą się u bardzo małych ras.
2. Adresatka w formie breloczka.
Mała metalowa zawieszka w formie koralika, w której po rozkręceniu umieszczamy karteczkę z danymi. Rozwiązanie bardzo fajne, bo kartka w tym przypadku jest w pełni chroniona przed czynnikami jak wilgoć i zabrudzenie, oraz świetnie nadaje się nawet dla mniejszych ras, ze względu na swoje niewielkie rozmiary. Trzeba jednak pamiętać, że ta "miniaturowość" niesie ze sobą także pewne wady - osoby niezaznajomione z tematem mogą taki mały breloczek przeoczyć lub wręcz nie wpaść na to, że w środku może się coś znajdować. Ponadto bardzo często takie adresówki nie są wykonane najlepiej i dolna część może samodzielnie się rozkręcić powodując zgubienie karteczki z danymi do kontaktu. Takie zawieszki można z łatwością dostać w niemal każdym sklepie zoologicznym za cenę ok 8-10 zł.
3.Plastikowa grawerowana adresatka:
Występują w wielu kolorach i kształtach - część firm oferuje także adresówki świecące w ciemności. Ich niewątpliwym plusem jest niewielki ciężar - są bardzo lekkie i z pewnością nie będą zwierzęciu przeszkadzać. Kółka mocujące zwykle są wykonane z trochę lepszego materiału, przez co nie deformują się przy byle zahaczeniu. Minusem jest fakt, że sam plastik zwykle jest dość cienki i jeśli zwierzak należy do tych uwielbiających zapasy z innymi psami i tarzanie - zawieszka może się łatwo połamać lub porysować, uniemożliwiając odczytanie pierwotnego tekstu. Ich plusem jest cena, która zwykle nie przekracza 7-8 złotych.
4. Metalowa grawerowana adresatka:
Mój zdecydowany faworyt. Łączy zalety plastikowych identyfikatorów (różnorodność kształtów, wielkości) i zdecydowanie większą wytrzymałość - takie rozwiązanie jest zdecydowanie bardziej odporne na zarysowania, nie mówiąc już o połamaniu takiej płytki, które wydaje mi się by niemożliwe dla normalnego psa :). Nie spotkałam się jeszcze z metalowym identyfikatorem który by rdzewiał czy zmieniał kolor pod wpływem wilgoci, więc wydaje się to być najlepszy wybór na wyprawy w trudnych warunkach pogodowych. Takie adresatki są odrobinę droższe od swoich plastikowych odpowiedników - ich cena przeciętnie waha się od 10 do 18 złotych.
5. Identyfikator LED:
Plastikowe lampki w formie kostek, serduszek i kółeczek z naklejką powalającą na "podpisanie" zwierzęcia. Łączą funkcje identyfikatora i oświetlenia zwierzęcia na nocnych spacerach. I o ile ta ostatnia funkcja bardzo dobrze im wychodzi (moja nawet po przypadkowym praniu świeci, choć już niestety tylko na jedną z dwóch lampek:D), o tyle naklejka na dane to zwykle porażka. Zabrudzona błotem lub zmoczona przez deszcz najzwyczajniej w końcu się odklei. Przez swój rozmiar tego typu dodatek nie nadaje się dla ras bardzo małych. Pod względem cenowym jest to chyba najdroższe z rozwiązań- "zabawka" kosztuje trochę więcej, przeciętnie od 15 do nawet 30 zł.
Gama identyfikatorów oczywiście na tym się nie kończy - w sprzedaży dostępne są również obroże z "wbudowanym" miejscem na dopisanie numeru telefonu właściciela, obroże i szelki z wyhaftowanym imieniem psa i kontaktem do właściciela. Jak widzicie, opcji do wyboru jest całkiem sporo! Przy wyborze odpowiedniego rozwiązania dla nas powinniśmy kierować się przede wszystkim czytelnością i trwałością identyfikatora, jego wielkością i ciężarem (niektóre nie nadają się dla mikropsów) oraz temperamentem naszego czworonoga (te delikatne polegną bardzo szybko przy żywiołowym psiaku).
Jestem bardzo ciekawa - jakiego rodzaju adresówki noszą wasze psiaki:)?
Co to takiego i czy faktycznie jest nam potrzebne?
Adresatki/identyfikatory to niewielkie przywieszki przymocowywane do obroży/szelek, na których umieszcza się imię psa i dane właściciela (numer telefonu, adres e-mail), które pozwolą na szybkie skontaktowanie się z właścicielem, w przypadku gdy znajdziemy zagubionego czworonoga.
Moim zdaniem ten drobny i pozornie niewidoczny dodatek powinien być absolutnie obowiązkowym wyposażeniem naszego pupila - wszak pies, choćby najlepiej wychowany, to wciąż zwierze, które może poczuć "zew natury" i przy pogonić za przysłowiowym króliczkiem.
Jakie adresatki mamy do wyboru?
1. Zawieszka do kluczy:
To chyba najtańsza i najłatwiej dostępna opcja- takie zawieszki możemy znaleźć niemal w każdym sklepie papierniczym, kiosku i punkcie dorabiania kluczy za dosłownie kilka złotych. Są dostępne w wielu kolorach, więc nawet najwybredniejsi esteci znajdą coś pasującego do galanterii swojego burka ;). Minusem takiego rozwiązania jest fakt, że dane w tym przypadku zapisujemy na karteczce, która częściowo osłonięta jest przezroczystą folią - pierwszy deszcz lub kontakt z błotem może mocno zaburzyć czytelność zapisanych informacji. Z doświadczenia wiem też, że kółeczka dołączone do takich zawieszek są wykonane z dość miękkiego drutu, więc gdy zwierze zahaczy nim o coś na spacerze istnieje duża szansa, że kółeczko rozegnie się, a zwierzak przywieszkę po prostu zgubi. Dodatkowo zawieszki do kluczy są dość duże - nie sprawdzą się u bardzo małych ras.
![]() |
| Do wyboru do koloru ;) |
2. Adresatka w formie breloczka.
Mała metalowa zawieszka w formie koralika, w której po rozkręceniu umieszczamy karteczkę z danymi. Rozwiązanie bardzo fajne, bo kartka w tym przypadku jest w pełni chroniona przed czynnikami jak wilgoć i zabrudzenie, oraz świetnie nadaje się nawet dla mniejszych ras, ze względu na swoje niewielkie rozmiary. Trzeba jednak pamiętać, że ta "miniaturowość" niesie ze sobą także pewne wady - osoby niezaznajomione z tematem mogą taki mały breloczek przeoczyć lub wręcz nie wpaść na to, że w środku może się coś znajdować. Ponadto bardzo często takie adresówki nie są wykonane najlepiej i dolna część może samodzielnie się rozkręcić powodując zgubienie karteczki z danymi do kontaktu. Takie zawieszki można z łatwością dostać w niemal każdym sklepie zoologicznym za cenę ok 8-10 zł.
| Małe rozmiary i solidne metalowe elementy to atut tego rozwiązania |
3.Plastikowa grawerowana adresatka:
Występują w wielu kolorach i kształtach - część firm oferuje także adresówki świecące w ciemności. Ich niewątpliwym plusem jest niewielki ciężar - są bardzo lekkie i z pewnością nie będą zwierzęciu przeszkadzać. Kółka mocujące zwykle są wykonane z trochę lepszego materiału, przez co nie deformują się przy byle zahaczeniu. Minusem jest fakt, że sam plastik zwykle jest dość cienki i jeśli zwierzak należy do tych uwielbiających zapasy z innymi psami i tarzanie - zawieszka może się łatwo połamać lub porysować, uniemożliwiając odczytanie pierwotnego tekstu. Ich plusem jest cena, która zwykle nie przekracza 7-8 złotych.
![]() |
| Plastikowe adresatki występują w wielu kolorach i kształtach |
4. Metalowa grawerowana adresatka:
Mój zdecydowany faworyt. Łączy zalety plastikowych identyfikatorów (różnorodność kształtów, wielkości) i zdecydowanie większą wytrzymałość - takie rozwiązanie jest zdecydowanie bardziej odporne na zarysowania, nie mówiąc już o połamaniu takiej płytki, które wydaje mi się by niemożliwe dla normalnego psa :). Nie spotkałam się jeszcze z metalowym identyfikatorem który by rdzewiał czy zmieniał kolor pod wpływem wilgoci, więc wydaje się to być najlepszy wybór na wyprawy w trudnych warunkach pogodowych. Takie adresatki są odrobinę droższe od swoich plastikowych odpowiedników - ich cena przeciętnie waha się od 10 do 18 złotych.
![]() |
| Nasza adresatka po prawie roku używania - jak widać trzyma się dobrze ;) |
5. Identyfikator LED:
Plastikowe lampki w formie kostek, serduszek i kółeczek z naklejką powalającą na "podpisanie" zwierzęcia. Łączą funkcje identyfikatora i oświetlenia zwierzęcia na nocnych spacerach. I o ile ta ostatnia funkcja bardzo dobrze im wychodzi (moja nawet po przypadkowym praniu świeci, choć już niestety tylko na jedną z dwóch lampek:D), o tyle naklejka na dane to zwykle porażka. Zabrudzona błotem lub zmoczona przez deszcz najzwyczajniej w końcu się odklei. Przez swój rozmiar tego typu dodatek nie nadaje się dla ras bardzo małych. Pod względem cenowym jest to chyba najdroższe z rozwiązań- "zabawka" kosztuje trochę więcej, przeciętnie od 15 do nawet 30 zł.
![]() |
| "Jednooka" lampka mimo licznych kontaktów z woda i błotem wciąż żyje ;) |
![]() |
| Miejsce po naklejce na numer telefonu - rzeczona była łaskawa spłynąć przy pierwszym jesiennym deszczu. |
Jestem bardzo ciekawa - jakiego rodzaju adresówki noszą wasze psiaki:)?
niedziela, 11 października 2015
Suszone smaczki DIY
Jakiś czas temu pisałam Wam o smakołykach brita w formie suszonych
paseczków mięsa. Milo za nimi przepada, a do mnie przemawiają one dużo
bardziej od barwionych ciastek/dropsów o szemranym składzie.
Jedyny problem stanowiła cena- suszki znikają w tempie ekspresowym, a za jedno opakowanie trzeba zapłacić w okolicach 11-12 zł.Natchniona suszeniem owoców, które ostatnio uskuteczniałyśmy z moją mamą postanowiłam sprawdzić, czy udałoby mi się własnoręcznie wykonać tego typu przysmaki.
Na pierwszy ogień poszło oczywiście przekopywanie odmętów internetu w poszukiwaniu kogoś, komu się to już udało. I tak natrafiłam na wpisy u Natalii i Zosi , które podjęły się tego zadania jakiś czas temu. Natalia postawiła na suszenie mięska w piekarniku, a Zosia, tak jak ja, w suszarce do owoców i grzybów.
Jak się zabieramy do całego przedsięwzięcia?
Potrzebujemy chudego mięska - ja na pierwszy ogień wybrałam pierś z kurczaka. Myślę, że indyk, chude kawałki wieprzowiny lub wołowiny też dobrze by się sprawdziły (nie omieszkam wypróbować i tych rodzajów mięs). Mięso płuczemy, osuszamy, a wszelkie zbłąkane kawałeczki tłuszczu usuwamy. Następnie kroimy wedle uznania - ja postanowiłam pokroić kurczaka na fragmenty o średnicy minimum 2,5 cm - po odparowaniu wody dość znacznie się skurczą, więc będą w sam raz na raz, jako nagroda;). Dłuższe i grubsze paski z kolei dobrze sprawdzą się jako przekąska-żujka.
![]() |
| Część mięska, już pociachana |
Tak prezentują się w docelowym słoiczku.
Lubicie przygotowywać smakołyki dla swoich psów samodzielnie? A jeśli tak to jakie najczęściej przyrządzacie swoim zwierzakom?
czwartek, 8 października 2015
Gotowe posiłki Storge - co to takiego?
Jak pewnie zauważyliście, na blogu od jakiegoś czasu panuje spory zastój- jest to wynik mojego powrotu na studia i spraw, które musiałam w związku z tym załatwić. Szczęśliwie ten semestr zapowiada się dosyć luźno - a to znaczy, że nie powinnam mieć problemu z regularnym pisaniem :).
Dzisiejszy post będzie poświęcony ciekawemu produktowi, jaki mieliśmy razem z Milo okazję przetestować. Pod koniec września skontaktowała się z nami wrocławska firma Storge zajmująca się przygotowywaniem gotowanych posiłków dla psów z pytaniem, czy nie mielibyśmy ochoty przetestować ich produktów. Oczywiście się zgodziłam - Milo od kiedy się u nas pojawił był żywiony głównie suchą karmą, więc byłam bardzo ciekawa, jaka byłaby jego reakcja na zupełnie inny rodzaj pokarmu. Dodatkową zachętą były naprawdę świetne składy proponowanych posiłków i fakt, że zostały one zrobione ze składników wysokiej jakości. Producent wręcz zaznacza, że produkty użyte w ich daniach bez przeszkód nadawałyby się do spożycia przez ludzi. To miła odmiana od obecnych w wielu komercyjnych karmach odpadów produkcyjnych, jak więc mogłam nie skorzystać z takiej propozycji :).
Do przetestowania przesłano nam 5 dniowy zapas posiłków w wariancie smakowym Kanapowy Łasuch. W skład naszych porcji wchodził kurczak (żołądki, wątróbka i udko) ryż, marchewka, pietruszka, brukselka oraz seler. Jest to jedna z trzech dostępnych opcji - do wyboru mamy też Odkrywcę Smaku (kurczak, indyk, makaron, szpinak, marchewka, cukinia, jabłko, olej kokosowy) i Wybrednego Krytyka (wołowina, kurczak, płatki owsiane, pietruszka, marchewka, banan, żółtko i olej kokosowy). Jak widać warianty smakowe są dość zróżnicowane, więc z łatwością możemy dobrać odpowiedni dla gustów naszego psa. Przed wysyłka zostałam również dopytana o poziom aktywności Milo i jego wagę - dzięki temu ilość karmy jaką otrzymaliśmy została odpowiednio dobrana do potrzeb Rudego.
Cieszę się, że zaproponowano nam testy tych posiłków - to naprawdę fajna alternatywa dla żywienia zwierząt i zdaje się, że wręcz unikatowa w skali kraju- katering Storge jest w tej chwili chyba jedyną firmą oferującą takie rozwiązanie. Jak już wcześniej wspomniałam, skład jest wyjątkowo zachęcający- w 100 g karmy znajdziemy 65 g mięsa, 10g ryżu i 25 g warzyw. Nie ma w niej też barwników, konserwantów i substancji poprawiających smak. Forma porcji jest miła dla oka: woreczki łatwo przechowywać w lodówce i otworzyć, a ich zawartość daleka jest od bezpłciowej brei z która wielu kojarzy gotowane jedzenie dla psa. Karma jest sypka, apetyczna i zupełnie nie jest wodnista, czego się trochę obwiałam. Bez przeszkód można dostrzec w niej duże kawałki mięsa - ich wielkość z łatwością pozwala na zweryfikowanie, na jaką z wymienionych w składzie części kuraka patrzymy. Ryż i warzywa również trzymają fason i są widoczne w misce. Zapach produktu jest typowy dla gotowanego jedzenia - przyjemnie zupno-rosołowy.
Milo bez żadnego problemu zaakceptował zmianę chrupek na gotowane jedzenie i bardzo chętnie opróżniał miskę - śmiem więc twierdzić, że taki posiłek mu bardzo zasmakował. Dodatkowym atutem jest fakt, że najadał się znacznie szybciej, niż w przypadku suchej karmy. Niemal natychmiast po zjedzeniu swojej porcji był syty - nie żebrał ani nie węszył w poszukiwaniu czegoś do schrupania. Zwykle sytość po suchej karmie przychodzi dużo później, gdy chrupki odrobinę spęcznieją w żołądku. Kaloryczność posiłku zdecydowanie była odpowiednia - Rudy ani na chwilę nie zwolnił tempa i szalał jak zwykle, wysiłek fizyczny był mu nie straszny :).
Nie zanotowaliśmy też żadnych żołądkowych rewolucji, mimo, że bez wątpienia była to zmiana żywienia o 180 stopni. Kupy przez cały czas podawania karmy Storge były zwarte i prawidłowe. O dziwo - zniknął problem gazów, które były dość uciążliwą kwestią podczas podawania Brita Premium Junior.
Podsumowując: mogę z czystym sumieniem polecić takie rozwiązanie w żywieniu psów. Jest ono ciekawą alternatywą - zwłaszcza dla osób, które tak jak ja nie są do końca zadowolone z suchych karm komercyjnych, ale też nie mają czasu na codzienne gotowanie dodatkowego posiłku dla psa. Wydaje mi się też, że Storge może być wygodnym wyjściem na kilkudniowe wyjazdy- pod warunkiem, że będziemy mieli dostęp do lodówki (wypady pod namiot niestety odpadają ;) ). Warto też wspomnieć o bardzo dobrym i profesjonalnym kontakcie z firmą - wymiana maili była błyskawiczna, a przesyłka przyszła na drugi dzień od nadania. Z pewnością spróbujemy jeszcze dań z oferty tej wrocławskiej firmy, jestem ciekawa jak spiszą się inne warianty smakowe :).
Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na temat posiłków Storge zapraszam TUTAJ lub TUTAJ.
Dzisiejszy post będzie poświęcony ciekawemu produktowi, jaki mieliśmy razem z Milo okazję przetestować. Pod koniec września skontaktowała się z nami wrocławska firma Storge zajmująca się przygotowywaniem gotowanych posiłków dla psów z pytaniem, czy nie mielibyśmy ochoty przetestować ich produktów. Oczywiście się zgodziłam - Milo od kiedy się u nas pojawił był żywiony głównie suchą karmą, więc byłam bardzo ciekawa, jaka byłaby jego reakcja na zupełnie inny rodzaj pokarmu. Dodatkową zachętą były naprawdę świetne składy proponowanych posiłków i fakt, że zostały one zrobione ze składników wysokiej jakości. Producent wręcz zaznacza, że produkty użyte w ich daniach bez przeszkód nadawałyby się do spożycia przez ludzi. To miła odmiana od obecnych w wielu komercyjnych karmach odpadów produkcyjnych, jak więc mogłam nie skorzystać z takiej propozycji :).
Do przetestowania przesłano nam 5 dniowy zapas posiłków w wariancie smakowym Kanapowy Łasuch. W skład naszych porcji wchodził kurczak (żołądki, wątróbka i udko) ryż, marchewka, pietruszka, brukselka oraz seler. Jest to jedna z trzech dostępnych opcji - do wyboru mamy też Odkrywcę Smaku (kurczak, indyk, makaron, szpinak, marchewka, cukinia, jabłko, olej kokosowy) i Wybrednego Krytyka (wołowina, kurczak, płatki owsiane, pietruszka, marchewka, banan, żółtko i olej kokosowy). Jak widać warianty smakowe są dość zróżnicowane, więc z łatwością możemy dobrać odpowiedni dla gustów naszego psa. Przed wysyłka zostałam również dopytana o poziom aktywności Milo i jego wagę - dzięki temu ilość karmy jaką otrzymaliśmy została odpowiednio dobrana do potrzeb Rudego.
![]() | |
| Karma Storge jest pakowana w próżniowe woreczki zawierające dzienna porcję jedzenia. |
Porcja na każdy dzień jest pakowana próżniowo w mocny plastikowy
woreczek, który jest u góry opatrzony ulotką zawierającą wszystkie
informacje dotyczące wielkości porcji i wariantu smakowego. Paczki są
dodatkowo opatrzone imieniem psa, dla którego zostały przygotowane. To z
pewnością gratka dla psiarzy z większa ilością futer - z łatwością
można szybko zerknąć, czy sięgnęło się do lodówki po odpowiednią paczkę.
Na odwrocie ulotki znajdziemy skład i jego analizę. Zgodnie z
zaleceniami producenta jedzenie powinno się przechowywać w lodówce
maksymalnie tydzień. Jeśli je zamrozimy, czas ten wydłuża się do dwóch
tygodni.

Jaka jest nasza opinia na temat karmy Storge?
Cieszę się, że zaproponowano nam testy tych posiłków - to naprawdę fajna alternatywa dla żywienia zwierząt i zdaje się, że wręcz unikatowa w skali kraju- katering Storge jest w tej chwili chyba jedyną firmą oferującą takie rozwiązanie. Jak już wcześniej wspomniałam, skład jest wyjątkowo zachęcający- w 100 g karmy znajdziemy 65 g mięsa, 10g ryżu i 25 g warzyw. Nie ma w niej też barwników, konserwantów i substancji poprawiających smak. Forma porcji jest miła dla oka: woreczki łatwo przechowywać w lodówce i otworzyć, a ich zawartość daleka jest od bezpłciowej brei z która wielu kojarzy gotowane jedzenie dla psa. Karma jest sypka, apetyczna i zupełnie nie jest wodnista, czego się trochę obwiałam. Bez przeszkód można dostrzec w niej duże kawałki mięsa - ich wielkość z łatwością pozwala na zweryfikowanie, na jaką z wymienionych w składzie części kuraka patrzymy. Ryż i warzywa również trzymają fason i są widoczne w misce. Zapach produktu jest typowy dla gotowanego jedzenia - przyjemnie zupno-rosołowy.
![]() |
| Jak widać, mięska nie brakuje ;) |
Milo bez żadnego problemu zaakceptował zmianę chrupek na gotowane jedzenie i bardzo chętnie opróżniał miskę - śmiem więc twierdzić, że taki posiłek mu bardzo zasmakował. Dodatkowym atutem jest fakt, że najadał się znacznie szybciej, niż w przypadku suchej karmy. Niemal natychmiast po zjedzeniu swojej porcji był syty - nie żebrał ani nie węszył w poszukiwaniu czegoś do schrupania. Zwykle sytość po suchej karmie przychodzi dużo później, gdy chrupki odrobinę spęcznieją w żołądku. Kaloryczność posiłku zdecydowanie była odpowiednia - Rudy ani na chwilę nie zwolnił tempa i szalał jak zwykle, wysiłek fizyczny był mu nie straszny :).
Nie zanotowaliśmy też żadnych żołądkowych rewolucji, mimo, że bez wątpienia była to zmiana żywienia o 180 stopni. Kupy przez cały czas podawania karmy Storge były zwarte i prawidłowe. O dziwo - zniknął problem gazów, które były dość uciążliwą kwestią podczas podawania Brita Premium Junior.
Podsumowując: mogę z czystym sumieniem polecić takie rozwiązanie w żywieniu psów. Jest ono ciekawą alternatywą - zwłaszcza dla osób, które tak jak ja nie są do końca zadowolone z suchych karm komercyjnych, ale też nie mają czasu na codzienne gotowanie dodatkowego posiłku dla psa. Wydaje mi się też, że Storge może być wygodnym wyjściem na kilkudniowe wyjazdy- pod warunkiem, że będziemy mieli dostęp do lodówki (wypady pod namiot niestety odpadają ;) ). Warto też wspomnieć o bardzo dobrym i profesjonalnym kontakcie z firmą - wymiana maili była błyskawiczna, a przesyłka przyszła na drugi dzień od nadania. Z pewnością spróbujemy jeszcze dań z oferty tej wrocławskiej firmy, jestem ciekawa jak spiszą się inne warianty smakowe :).
Jeśli chcecie dowiedzieć się czegoś więcej na temat posiłków Storge zapraszam TUTAJ lub TUTAJ.
sobota, 26 września 2015
Recenzja smakołyków Brit Let's Bite!
Milo uwielbia wszelkie mięsne przysmaki - za to różnego rodzaju mączne ciastka zupełnie go nie interesują. Z tego względu musiałam przetestować przysmaki Brita z suszonego mięsa. Do tej pory Milo jadł britową suszoną pierś kurczaka, jednak w końcu zdecydowałam się na lekka zmianę i kupiłam paseczki z mięsa kaczki.
Przysmaki pakowane są w wygodne torebki ze strunowym zamknięciem- dzięki temu za każdym razem możemy wygodnie zamknąć opakowanie.Musimy też pamiętać, że po otwarciu smakołyki powinny być przechowywane w lodówce. W środku poza przysmakami znajduje się mała saszetka z pochłaniaczem wilgoci(tego elementu oczywiście broń boże nie podajemy zwierzakowi!).
Same smaczki, w przypadku wersji z kaczką, są w formie cienkich paseczków zwartego, sprężystego mięsa o delikatnym przyjemnym zapachu. Filety z piersi miały większych, okrągławych kęsów i były delikatniejszego, lekko różowawego koloru- mięso kaczki jest znacznie ciemniejsze, wręcz czerwonawe.
Skład, jak można się domyślić ekstremalnie krótki- 100% mięsa:).
Opakowania zawierają niestety bardzo niewiele przysmaków, bo jedynie 80g. Cena również nie należy do najniższych - za jedno opakowanie w sklepach stacjonarnych zapłacimy w granicach 11-12 zł.
W kwestii smakowitości muszę zaufać mojemu rudemu testerowi- tempo znikania paseczków sugeruje, że Milo bardzo posmakowały:).
Jako, że Brita stosujemy głównie w treningu kroję go na mniejsze kęsy, które nie zajmą Milo na długo. Mimo, że mięso jest podsuszone to jest na tyle sprężyste, że z łatwością można je podzielić przy pomocy noża lub nożyczek.
Brit Let's Bite! Fine Natural Snack
Plusy:
-w składzie znajduje się jedynie mięso
-łatwo dzielić je na mniejsze kęsy
-nie brudzą rąk
-przyjemny, zachęcający do konsumpcji zapach i smak
-łatwo dostępne
Minusy:
-wysoka cena
-niewielka ilość smakołyków w opakowaniu
środa, 23 września 2015
Spacerowy niezbędnik - co zabieramy ze sobą?
Długie popołudniowe lub wieczorne spacery to świetna okazja do treningu w zupełnie innych okolicznościach niż zwykle- więcej rozpraszających elementów i tyle zapachów w około!
Każdy taki spacer staram się wykorzystać do treningu Milo, ponieważ w dalszym ciągu mam spory problem ze skłonieniem go do pełnego skupienia na mnie i poleceniach, które wydaje, gdy jesteśmy poza domem. O ile odwołanie mamy w zasadzie perfekcyjnie opanowane, to wykonywanie innych komend w otoczeniu zapachów, innych ludzi i psów idzie mu dość opornie.
Na tę okazję zaopatruję się w kilka rzeczy, które ułatwiają mi skłonienie Rudego do współpracy:)
1.Kliker
Nieodzowny przy treningu nowych sztuczek, ale też bardzo przydatny w egzekwowaniu poleceń na dworze. Jego dźwięk sprawia, że Milo dużo lepiej się skupia, przestawia się wtedy na tryb "pracy".
2.Smakołyki
Dodatkowa pomoc w skupieniu uwagi na pracy. Na Milo najlepiej działają wszelkiego rodzaju suszone kawałki mięs lub wyjątkowo smakowita sucha karma- typowe ciasteczka nie mają raczej szans na jego zainteresowanie :).
3.Zabawka
Najczęściej w tym celu zabieram ze sobą Comfy Mint Stick lub którąś z piłek. Aportowanie zabawek to całkiem dobry przerywnik w treningach, a kijkiem od Comfy można się od biedy spróbować poszarpać w ramach niesmakołykowej nagrody.
4. Nerka
Absolutnie nie wyobrażam sobie już spacerów bez niej. Noszenie psiego żarcia po kieszeniach było nieznośne, strasznie niewygodne i jak pewnie się domyślacie potwornie brudzące :P. W nerce spokojnie znajdzie się miejsce na nie, zabawkę, klucze i parę innych drobiazgów. Moja nerka ma dodatkowo wszytą w środku smycz z karabińczykiem- pierwotnie miała służyć do przypinania kluczy. Ja jednak podpięłam do niej kliker:).
5.Smycz i obroża
Obowiązkowo, pies musi być przecież pod kontrolą, chociażby w drodze na miejsce, w którym mogę go bezpiecznie spuścić:). Od jakiegoś czasu zdecydowanie częściej sięgam po zwykłe, parciane smycze, Flexi leży odłogiem.Na zdjęciu poniżej, nowy zestaw, który uszyłam Rudemu:).
A co Wy zabieracie ze sobą na dłuższe treningowe spacery?
niedziela, 20 września 2015
Recenzja trymera JK Animals
Milo, mimo że jest psem krótkowłosym gubi olbrzymią ilość sierści. Biało-rudej sierści, która "fantastycznie" komponuje się z moimi głównie ciemnymi ubraniami, ciemną pościelą i takimiż kocami. A te białe koty pod meblami i w kątach mieszkania? Poezja!
Pierwszy wysyp całych stogów sierści spotkał się z moim zdecydowanym oporem pod postacią inwestycji w trymer. W sklepie zoologicznym nie było specjalnego wyboru, więc zdecydowałam się na ten od JK Animals. Przed zakupem prawdziwego Furminatora planowałam przetestować, czy tego typu czesadło w ogóle się u nas sprawdzi - postawienie na tańszy odpowiednik było w tej sytuacji dość rozsądnym wyborem. Jaki werdykt?
Może najpierw przyjrzyjmy się samemu narzędziu. Czarna, ogumowana rączka, która całkiem dobrze leży w dłoni, z otworem do powieszenia na końcu. W przedniej części trymera osadzona jest wymienna końcówka- w przypadku wersji S, którą mamy, powierzchnia czesząca ;) ma długość około 5,5 cm. Usunięcie nasadki jest bardzo proste - wystarczy wcisnąć oba znajdujące się po bokach przyciski i pociągnąć ostrze.
Mówiąc o ostrzu - składa się z rzędu cieniutkich, ale mocnych ząbków, które nie wyginają się pod naciskiem. Ząbki bardzo dobrze spełniają swoją rolę- z łatwością wyczesują całe kępy martwego włosa i podszerstka nie szarpiąc sierści. Jedyny mankament jest taki, że przy zbyt mocnym dociśnięciu trymera możemy podrapać psią skórę - musimy o tym pamiętać przy przeczesywaniu. Wytrzymałość nasadki też jest całkiem przyzwoita- korzystam z jednej już od dobrych 4 miesięcy i w dalszym ciągu wyczesują sierść tak samo dobrze, jak na początku. Nie zauważyłam, żeby wyczesywanie tym trymerem uszkadzało włosy Milo - sierść nie straciła na połysku podczas użytkowania. Jedyna moja obawa dotyczy psów z dłuższą sierścią - nie jestem pewna, czy ząbki nie byłyby by zbyt "płytkie" przy przebić się przez gęstszą okrywę. Dodatkowo obawiam się, że trymer za szybko zapychałby się sierścią i korzystanie z niego nie byłoby tak wygodne jak w przypadku gładkowłosych zwierząt.
Cena trymera nie jest zabójcza - jeśli dobrze pamiętam kupiłam go za około 35-40 zł. Wymienna końcówka do mojego modelu kosztuje w granicach 20-22 zł. Oczywiście większe modele są odrobinę droższe.
Trymer JK Animals:
Plusy:
-dokładne wyczesywanie martwych włosów i podszerstka
-nie uszkadza sierści
-niska cena
Minusy:
-przy zbyt mocnym dociśnięciu można zadrapać skórę pupila
-nie jestem przekonana czy sprawdziłby się u psów z dłuższą sierścią
Krótko podsumowując moje powyższe wywody- uważam, że jest to gadżet godny polecenia właścicielom zwierząt, które przechodzą fazę mocnego linienia. Po jednorazowej "sesji" z trymerem problem jest dużo mniej uciążliwy :).
Stosujecie trymery? Jeśli tak, jakie firmy mieliście okazje do tej pory przetestować?
czwartek, 17 września 2015
Czym bawi się Milo?
Wracamy po prawie miesięcznej przerwie od bloga, która wynikała z
kampanii wrześniowej - szczęśliwie wszystkie poprawki już za mną i mogę
ponadrabiać blogowe zaległości :).
Dziś postanowiłam pokazać Wam nasza małą kolekcję zabawek. Niestety nie wszystkie udało mi się umieścić na zdjęciu, ponieważ ze względu na to, że kursujemy często pomiędzy moim domem rodzinnym a mieszkaniem które wynajmuje część zabawek jest wywieziona na stałe. Tak więc na zdjęciach brakuje piłeczki Trixie Denta Fun i mocno już zjedzonego pluszowego kotka od Fat Cat.
1)Truskawka Comfy- świetnie sprawdza się w charakterze konga jak i samodzielnego gryzaka. Mimo, że guma nie jest tak twarda jak w oryginalnym Kongu dzielnie wytrzymuje memłanie i jeszcze nie jest dziurawa. Truskawę można dorwać w internecie za mniej niż 10 zł - to fajna alternatywa dla konga, który kosztuje dwa razy tyle.
2) Piłka spiralna Sumplast- mój absolutny must have, ostatnio dokupiłam drugą na zapas. Guma jest na tyle twarda, że nie zostają na niej ślady po zębach, a do tego przepięknie pachnie wanilią:). Świetnie się odbija, można z łatwością przerobić ją na szarpak przewlekając sznurek przez środek. Cena jak w przypadku truskawki wręcz śmieszna - 8 zł.
3) Mopowy szarpak z rączką - samodzielnie wykonany szarpak, który Milo wprost uwielbia :). Trzyma się całkiem nieźle, jak na częstotliwość i intensywność szarpania.
4) Bałwanek Sumplast - posiadamy dwa, ponieważ Milo już raz jeden zakamuflował pod meblami tak skutecznie, że byłam pewna, że wyrzucił go przez balkon i kupiłam następny. Zabawka, jak większość szybko uległa psim kłom, więc racze już do niej nie wrócimy.
5) Piłka Crackle Ball z zooplusa- jedna z pierwszych piłek jaką kupiłam Milo, jednak zaczął się nią bawić dopiero niedawno, wcześniej była dla niego zbyt duża. Trzaskający wkład PCV został juz kompletnie zmiażdżony i nie do końca spełnia swoją funkcję, za to gumowa "obudowa" jako jedna z niewielu skutecznie opiera się zębom Rudego ).
6) Gumowy hantel Sumplast - zabawka, którą kupiłam z myślą o nauce komendy "trzymaj" i w zasadzie jedynie do treningu jej obecnie używamy, sporadycznie traktuje ją jako awaryjny aport.
7) Comfy Dental Stick - zabawka, która w naszym przypadku nadaje się wyłącznie do aportowania, jako gryzak nie sprawdziła się ani trochę ze względu na bardzo miękką gumę. Więcej o niej możecie przeczytać tutaj.

8) Sznurek - obowiązkowy element naszego kosza z zabawkami :). Milo ze sznurkami dostosowanymi do swojej wielkości radzi sobie w 5 minut, więc kupuje mu większe rozmiary- dzięki temu mają szanse przetrwać chociaż tydzień. Rotacja tego typu zabawek jest u nas olbrzymia, więc zwykle zamawiam kilka na zapas przy okazji zamawiania karmy z zooplusa.
9)Kong Classic S - tę zabawkę wszyscy na jakimś tam etapie życia z psem na pewno przerobili. Do niedawna ulubiona zabawka Milo, jedna z pierwszych, które czekały na niego w domu po odebraniu od poprzednich właścicieli. Świetnie się wypełnia, pies może godzinami wyskubywać z niej jedzenie, samodzielnie też stanowi dla Rudego atrakcyjną zabawkę. Problem w tym, że... Milo udało się go przegyźć. Oto dowód:
![]() |
| Kong zniszczony :( |
środa, 19 sierpnia 2015
Mokre karmy Naturea i Lukullus
W poście dotyczącym lipcowej Psiej Paki zapowiedziałam, że w najbliższym czasie postaram się napisać co nieco na temat dwóch mokrych karm, które wchodziły w jej skład. Oba opakowania zostały już opędzlowane przez Milo, więc mogę troszeczkę przybliżyć wam oba produkty.
NATUREA CHICKEN WITH TURKEY:
Na stronie producenta możemy przeczytać :
Bezzbożowa mokra karma Naturea to formuła
posiadająca co najmniej 88% świeżego mięsa i świeżej ryby (poza wersją drobiową jest jeszcze drobiowo rybna- dop. Hann), zawierając
białka takie jak te znalezione w naturze. Ten smaczny posiłek naszej
receptury zawiera łatwo przyswajalne składniki, wszystkie niezbędne
aminokwasy, wysokiej jakości tłuszcze i oleje oraz zrównoważone kwasy
tłuszczowe Omega 3 i Omega 6, których Twój pies codziennie potrzebuje.
Tak dobrze zbilansowana i kompletna dieta Naturea przyczyni się do
zdrowszego życia Twojego pupila.Ten produkt nie zawiera żadnych
konserwantów, sztucznych barwników, sztucznych aromatów i GMO
(genetycznie modyfikowanych organizmów).Pierwsze
wrażenie po otwarciu kartonika było baardzo pozytywne: zawartość miała
niewiele wspólnego z popularnym wyobrażeniem mokrej karmy dla psów-
przypominała bardziej ludzką konserwę turystyczną. Zapach zresztą też
przywodził na myśl raczej ludzkie jedzenie, nie psią puchę :). Poza
gęsta mięsną zawartością (w której można było dostrzec dość duże
kawałki warzyw-najbardziej w oczy rzucała się marchew i (chyba)
ziemniak) była tez odrobina galaretki. Zatem proporcje nie zachwiane i
bardzo na plus - pasjami nie znoszę karm-oszustów, w których połowę
opakowania stanowi bezpostaciowa breja.
![]() |
| Karma zmieszana z nasza podstawową Brit Premium dla szczeniąt małych ras |
Jeśli zaś chodzi o skład i obietnice producenta: wywiązuje się z nich w stu procentach. Karma nie ma w sobie zbóż, a jej skład ogranicza się do kurczaka (47,7%), świeżego indyka(4%), świeżej marchwi (4%) i suszonych warzyw (1%).
Milo chyba podzielał mój zachwyt dla tej "puszki" - mimo niechęci dla jedzenia powodowanej upałami, dodatek tej karmy do jego standardowych suchych chrupek powodował, że miska była opróżniana do ostatniego kęsa:). Dodatkowo, ze względu na zbitą strukturę ta karma świetnie nadaje się do wypełniania kongów- uzupełniona dodatkowo o ciastka/suchą karmę dobrze upycha się w bałwankach i zajmuje psa na stosunkowo długo.
Czy wrócimy do tego produktu? Na pewno, kiedy Milo przejdzie na karmę dla dorosłych psów z chęcią wrócę do tych kartoników- z przyjemnością sprawdzę też rybną wersję.
LUKULLUS -Królik i dziczyzna z ryżem naturalnym, jabłkiem i olejem lnianym:
Opis zaczerpnięty ze strony zooplus.pl:
Lukullus to karma pełnowartościowa, opierająca się na szczególnie bogatej recepturze. Zestawienie białek zwierzęcych, składników roślinnych i wartościowych olejów zapewnia psu wszystkie składniki pokarmowe – produkt wolny jest od dodatków chemicznych. Natura dostarcza psu wszystko, czego potrzebuje jego organizm.
Wszystkie składniki są świeże i poddawane troskliwemu procesowi przetwarzania, dzięki któremu mięso i warzywa zachowują swój pierwotny smak i wartość odżywczą.
Pełnowartościowa i zdrowa karma Lukullus w pełni ufa sile natury.
Lukullus naturalna karma jest inna poprzez swoją unikalną kompozycję składników:
- Ponad 65 % zawartości mięsa podstawą zdrowej diety psa. Wykorzystane mięso i podroby podlegają surowym kontrolom jakości oraz odznaczają się wysokim stopniem akceptacji.
- Cenne węglowodany oraz błonnik wpierają metabolizm.
- Warzywa i owoce zapewniają wyjątkowo świeży smak oraz dostarczają mnóstwo naturalnych witamin.
- Dodatek różnych olejów udoskonala recepturę naturalnie bogate w Omega 3 - i 6 kwasy tłuszczowe wspomagając zdrową kondycję skóry i dodając sierści blasku.
- Oczywiście przygotowana bez dodatków chemicznych i konserwantów
Pucha, która otrzymaliśmy, miała wagę 800g - to duży plus, przy wadze Milo takie opakowanie wystarcza nam na 2 dni. Jej zawartość okazała się być mocno zmielona, dość zbitą konserwą, w której dało się zauważyć dodatek (najprawdopodobniej) ryżu. Zapach był zdecydowanie mniej przyjemny dla ludzkiego nosa od tego który towarzyszył Naturei- mocno przywodził na myśl aromat wątróbki, lecz w dalszym ciągu był zdecydowanie milszy od tego, który możemy znać z karm kiepskiej jakości. W tej nie było dodatku galaretki- cała puszka była szczelnie wypełniona pasztetową masą.
W kwestii smakowistości ta karma według Milo zdecydowanie wygrywa: pochłaniał ją nawet szybciej niż Natureę, a za konga nią wypełnionego mógłby chyba zabić:D.
Skład puszki prezentuje się przyzwoicie, zwłaszcza na plus przemawia dodatek oleju lnianego, który bardzo dobrze wpływa na sierść.
Królik i dziczyzna z ryżem naturalnym, jabłkiem i olejem lnianym:
66% mięsa i wnętrzności (serca, wątróbki, mięso, żołądki, żwacze) wyłącznie z królika i dziczyzny, bulion mięsny, jabłka, ryż, składniki mineralne, olej lniany
W kwestii smakowistości ta karma według Milo zdecydowanie wygrywa: pochłaniał ją nawet szybciej niż Natureę, a za konga nią wypełnionego mógłby chyba zabić:D.
Skład puszki prezentuje się przyzwoicie, zwłaszcza na plus przemawia dodatek oleju lnianego, który bardzo dobrze wpływa na sierść.
Królik i dziczyzna z ryżem naturalnym, jabłkiem i olejem lnianym:
66% mięsa i wnętrzności (serca, wątróbki, mięso, żołądki, żwacze) wyłącznie z królika i dziczyzny, bulion mięsny, jabłka, ryż, składniki mineralne, olej lniany
To sympatyczna karma, dobrze nadaje się do podawania solo lub jako dodatek do posiłku, który niekoniecznie trafia w gusta naszego pupila- wątróbkowy aromat na pewno zachęci go do opróżnienia miski :). Psu smakuje, jednak w moim odczuciu jest zbyt zmielona - lubię widzieć co nakładam do michy, a tu jedynym rozpoznawalnym elementem jest tak na prawdę ryż. Chętnie wrócę do niej od czasu do czasu, ale jeśli miałabym wybierać jakąś morką karmę "na stałe", to z dwóch dziś opisanych karm jednak padłoby na Natureę.
Celowo nie wypowiadałam się na temat kup Milo po podawaniu tych karm. A to dlatego, że taka ilość opakowań pozwalała mi jedynie na ocenienie walorów smakowych i wyglądu tych produktów- żeby sprawdzić jak działałby przewód pokarmowy Rudego musiałabym go podkarmić tymi puszkami znacznie dłużej. w innym wypadku moja ocena tego aspektu nie byłaby pełna ani rzetelna.
Drobna żywieniowa dygresja:
Na koniec chciałam się jeszcze odnieść do dawek każdej z tych karm jaka powinniśmy dziennie zapewnić psu. Specjalnie poruszam ten temat na koniec, bo recenzja tych dwóch produktów spowodowała, że postanowiłam porównać ten ich parametr z popularnymi karmami dostępnymi w każdym sklepie, nie tylko zoologicznym. Uważam, że takie zestawienie najmocniej pokazuje nam , jak różnią się karmy "marketowe" od tych z "wyższej półki", bardziej treściwych i wolnych od zapychaczy.
Dawka dzienna Naturei dla niedużego psa (do 10 kg) wynosi 30g/kg masy ciała. Dla piesków 11-25 kg wynosi ona 25 g/kg m.c. , a dla tych o wadze powyżej 25kg - 20g/kg m.c.
Jeśli chodzi o Lukullus te proporcje wyglądają trochę gorzej - dziennie powinnam podawać 10 kilogramowemu Milo 400g tej mokrej karmy. W dalszym ciągu wydaje mi się to być jednak do przyjęcia.
A teraz spójrzmy, jaką ilość łatwo dostępnej i pewnie wszystkim nam znanej karmy Pedigree powinnam zapewnić. Według informacji na puszcze dla dorosłych psów psiak o wadze rudego powinien otrzymać.... 1 i 3/4 400 g puszki. Czyli 700g mokrej karmy.
Jak dla mnie, różnica kolosalna i wiele mówiąca o jakości wszystkich wymienionych wyżej produktów ;).
Jak dla mnie, różnica kolosalna i wiele mówiąca o jakości wszystkich wymienionych wyżej produktów ;).
niedziela, 16 sierpnia 2015
Zmiana szablonu i... tytułu ;)
Jak widzicie, wreszcie dorobiłam się wystroju bardziej dopasowanego do tematyki bloga :). Nie będe ukrywać: nie jestem mistrzem fotoszopa, więc grafika pozostawia wiele do życzenia, ale wydaje mi się, że jak na pierwszą próbę wykonania własnego szablonu poszło mi nie tak źle.
Co bardziej spostrzegawczy z Was zauważą, że zmieniłam również tytuł strony. Uznałam, że skoro ostatecznie i tak więcej piszę o Milo i sprawach z nim związanych niż o rzeczach, które w wolnej chwili dla niego "dziergam" nazwa nawiązująca bezpośrednio do Rudego Niszczyciela będzie lepszym pomysłem.
No a nie da się zaprzeczyć: jest rudy jak nieszczęście ;).
Jak podoba wam się nowa kolorystyka? Macie jakieś sugestie? Piszcie w komentarzach :))
sobota, 15 sierpnia 2015
Komenda "Trzymaj!" - po co i jak?
To jedna z tych sztuczek, której uczę Milo raczej dla zabawy i odrobinę na potrzebę zdjęć i własnej frajdy - zawsze strasznie podobały mi się spotykane na blogach fotki psów z przeróżnymi przedmiotami w mordkach. Szczypta samolubnego podejścia w treningach nie powinna zaszkodzić ;)).
Jak zabraliśmy się do treningu?
Milo nie należy do psów o "delikatnym" pysku, więc postanowiłam pominąć etap filcowego/materiałowego koziołka do ćwiczeń i zacząć od razu od cięższej gumowej zabawki. W tym celu kupiłam gumowy hantelek od Sum Plastu.
Nie chciałam trenować na zabawkach, którymi Rudy już się dotychczas bawił w obawie, że wtedy trudniej będzie mu zrozumieć, że teraz pracujemy, a czas na zabawę będzie później. Teraz, kiedy komenda jest już dobrze wypracowana, Milo wie, że zabawką nie będziemy się teraz szarpać, nawet jeśli podaję mu ulubioną piłkę:)
W pierwszym etapie, po wydaniu komendy siad, pokazywałam szczeniorowi zabawkę i trzymałam ją na wysokości jego nosa. Nagradzałam Milo za każdy przejaw zainteresowania zabawką : szturchnięcie, polizanie czy szybkie skubnięcie siekaczami. Tę sztuczkę wyjątkowo wprowadzałam bez klikera, ale myślę, że gdybyśmy z niego nie zrezygnowali Milo szybciej załapałby o co chodzi.
Po kilku takich próbach zainteresowanie wzrosło w Rudym na tyle, że chwytał zabawkę z jednego końca i zaczynał ja memłać. Za to zachowanie też dostawał nagrodę.
W następnym etapie (w przypadku kiedy udawało mu się chwytać zabawkę w pyszczek bez memłania) dalej trzymając zabawkę z drugiego końca, wypowiadałam komendę słowną i nagradzałam go za dobrze wykonane zadanie. Na tym etapie przestałam chwalić Milo za chwile w których memłał zabawkę lub tylko trącał ją nosem - to bardzo szybko pokazało mu, jaki rodzaj zachowania chcę osiągnąć.
Po kilku dniach i seriach treningów Milo był już w stanie samodzielnie trzymać zabawkę w zębach, bez mojego podtrzymywania, choć wyglądało to mniej więcej tak:
![]() |
| "O to chodziło, tak?" |
W dalszym etapie "szlifowania" triku starałam się podawać mu hantelek tak, by nie był w stanie chwycić za jego końce i nagradzałam go tylko wtedy gdy poprawnie chwycił zabawkę na środku.
Efekt końcowy prezentuje się w ten sposób:)
![]() |
| "Teraz lepiej? Daj mi ciastków!" |
Efekt końcowy prezentuje się w ten sposób:)
Jak Wy wypracowaliście trzymanie u swoich psiaków? Szybko załapały, o co chodzi :)?
piątek, 14 sierpnia 2015
W Borach z psem!
Jak już w poprzedniej notce wspomniałam, wróciliśmy w niedzielę z
urlopu. Od lat spędzam trochę ponad tydzień w niewielkiej wiosce na
pomorzu, w Borach Tucholskich i w tym roku udało mi się zabrać tam moje
własne Cztery Łapy ;). Miejsce w którym tam mieszkam jest wyjątkowo
malownicze i spokojne. Za domem cichy las, nieopodal jezioro i rzeka, a
sąsiadów, poza nielicznymi letnikami wpadającymi na weekend w zasadzie
nie ma... Całkiem nieźle, prawda ;)? Milo zdecydowanie był zadowolony z
takiej formy wypoczynku i obudził się w nim typowy podwórkowy kundel -
nie sposób było go zagonić do domu, choćby na jedzenie. Po części
obwiniam za to owczarka niemieckiego - starutkiego psa rezydenta, który
pod wpływem zaczepek Rudego odmłodniał o jakieś dobre 10 lat i ganiał,
nie odstępując kroku szczeniakowi.
Milo zakosztował też serii dłuugich spacerów bez smyczy, na których zachowywał się wzorowo. Odwoływanie go nie sprawiało mi najmniejszego problemu, nawet kiedy na swojej drodze spotkaliśmy sarny. Jedna komenda wystarczyła, żeby stracił zainteresowanie i wrócił do nogi, co bardzo miło mnie zaskoczyło. Dalej mam w pamięci dzikie pogonie za zwierzyną łowna naszego jamnika szorstkowłosego- w kwestii przywołania był absolutnie tragiczny, a sytuacja odrobinkę ustabilizowała się dopiero gdy skończył 2 lata ;P. Instynkt myśliwego najwyraźniej był w nim baardzo silny.
Jedynym problemem jaki napotkałam podczas tego wyjazdu było przekonanie Rudego do wody - po wielu próbach szczytem jego możliwości było zanurzenie łapek poniżej łokci. O pływaniu absolutnie nie ma na tym etapie mowy ;). Być może spacer z psem bardziej pozytywnie nastawionym do brodzenia zachęciłaby go do pływania? Będziemy musieli to przetestować, póki jeszcze pogoda sprzyja wodnym igraszkom.
Tymczasem, zostawiam was z kilkoma fotkami z naszych spacerów ;)
![]() |
| Daleko jeszcze? |
![]() | |
| Pyszna szyszka, nie czepiaj się! |
![]() |
| Bierę ten kij. W ramach pamiątki. |
![]() | |
| Padalec. Widocznie też wyszedł na spacer :) |
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































