24 lutego ubiegłego roku pojechaliśmy z A. po Milo. Od prawie miesiąca szukaliśmy psa do przygarnięcia, a niemal od pół roku dyskutowaliśmy nad kwestią pojawienia się sierściucha w domu. Czy sprostamy czasowo - bo przecież są zajęcia i opieka nad pozostałymi zwierzętami? Czy poradzimy sobie finansowo, jeśli wszystkie pięć szczurów i pies postanowią się grupowo pochorować? Czy się pomieścimy? (olbrzymia klatka ze szczurami dominowała - i w sumie dalej dominuje- nasze małe mieszkanie). Czy pies nie postanowi zapolować na ogoniastych rezydentów?
Przez myśl przeszło nam skontaktowanie się z polecana przez "psią znajomą" hodowlą JRT - to rasa, o której nieśmiało marzyliśmy, a pies i tak nie miał być spontaniczną zachcianką na już, nigdzie nam się nie spieszyło. Po czasie uznaliśmy jednak, że pierwszym wspólnym psem powinna być kundelkowa bida - na rasowca przyjdzie pora.
Pierwsze kroki skierowaliśmy do schroniska - i choć z racji studiowania weterynarii wiele przykrych i zdawałoby się, bardziej drastycznych widoków już doświadczyłam - na taki ogrom psiego smutku nie byłam przygotowana. W pierwszym odruchu chciałam zabrać wszystkie, z seniorami na czele - co jednak z racji posiadania gryzoni nam odradzono. Zaordynowano poszukanie szczeniaka w potrzebie - a w schronisku żadnych młodych psów wtedy nie było. Teraz to rozumiem - wtedy nie mogłam tego przeboleć. Po wyjściu za bramę płakałam, po powrocie do domu zresztą też.
Starałam się szukać zwierząt przez fundacje, domy tymczasowe, znajomych wolontariuszy i ogłoszenia prywatnych osób. Wbrew pozorom było trudno - ogłoszenia szybko stawały się nieaktualne lub odzewu w ogóle nie otrzymywałam. Dni mijały, a ja po wysmarowaniu setki maili i przejrzeniu setek ogłoszeń prawie straciłam nadzieję, że uda nam się z kimkolwiek skontaktować.
Zupełnie zrezygnowana odświeżałam stronę wyszukiwania, kolejny dzień z rzędu. Nowe ogłoszenie, dodane minutę temu. Na zdjęciu śmieszny, rudo biały szczeniak z klapniętymi do połowy uszami. Okolice Wrocławia - niecałe 20 minut drogi pociągiem. Wahałam się, ale mimo, że było już grubo po 20 postanowiłam zadzwonić podany numer. "Tak, aktualne, dzwoni pani jako pierwsza. Jeśli pani chce, można przyjechać obejrzeć pieska nawet jutro". No to pojechaliśmy - byliśmy zdecydowani, że choćby nie wiem co wrócimy z nim do domu. Młoda para, z którą się spotkaliśmy opowiedziała nam historię, jakich wiele pośród psich istnień. Wsiowa suczka znajomych się oszczeniła - przygarnęli jednego pieska, ale okazało się, że ktoś w domu ma alergię. Czy faktycznie tak było, czy może energiczny maluch nie był do końca tym, czego się spodziewali i nie podołali w kwestii opieki - nie mnie oceniać. Mimo wszystko postąpili bardziej odpowiedzialnie i rozsądniej niż wielu - i Milo oddali. Maluch zupełnie nie wiedział o co chodzi w obroży i smyczy, więc wzięty na wszelki wypadek transporter bardzo się przydał.
Nie odmówiliśmy sobie przyjemności uwiecznienia pierwszych wspólnych chwil, jeszcze czekając na pociąg powrotny.
![]() |
| Dalej nie mogę uwierzyć, że ten przerażony szczeniak to ten sam zwierzak, który teraz nie boi się nawet wtedy, gdy powinien ;) |
![]() |
| A. nie mógł przejść obojętnie wobec tej poważnej miny i jakoś jej nie podpisać. |
Po powrocie do domu przez ponad godzinę nie mogliśmy wywołać go z "pudełka". Żadne pyszności nie mogły skłonić Milo do opuszczenia bezpiecznego schronienia. Dopiero gdy położyliśmy się zupełnie płasko na podłodze uznał, że nie stanowimy zagrożenia i postanowił się przywitać. Imię wybrało praktycznie się samo - zgodnie uznaliśmy z A. , że podobieństwo do cwanego pieska z "Maski" było zbyt duże, żeby pozwolić nam na jakąkolwiek kreatywność w tej kwestii ;).
I tak - koniec końców - wylądowaliśmy z prawie JRT!
Jak znalazł się u Was wasz pies - to była wasza świadoma decyzja czy może pies wybrał za Was ;)?


